Z pewną ostrożnością, ale mogę odtrąbić kawałek sukcesu. Po prawie zawale wywołanym opieszałością i chamstwem pań z dziekanatu, problemach córki ze zdrowiem, nowinach rodzinnych, których powinnam być świadoma, ale dopiero nazwane stanęły mi przed oczami w pełnej krasie, liczę na to, że październik będzie trochę lżejszego kalibru. Jednocześnie mam świadomość, że te wszystkie trudne momenty to te, które po jakimś czasie okazują się najbardziej rozwojowe i znaczące. Ale przebrnąć przez ten wrzesień było mi momentami trudno. Październiku, uprzejmie dopraszam się o czas na szycie. I o termin obrony.
Z okazji złożenia dokumentów w dziekanacie (walka o życie i przeżycie, serio) pobiegłam do Ładnych Tkanin po nici bawełniane. Nici białych nie było, za to kupiłam szare poliestrowe, kawałek tkaniny, ocieplinę silikonową, która jest bardzo przyjemna w dotyku, ale jeszcze nie wiem jaka będzie dla mojej maszyny. Białe mają przyjść, a wtedy kupię też wkład bawełniany, który akurat będzie do pikowania żony ręcznie. Jeszcze nie wiem co z żoną zrobię, ale akurat będę miała zajęcie na jesienno - zimowe wieczory.
A na razie mam do skanapkowania 4 patchworki, do uszycia kolejne plecy (co oznacza kanapkowanie piątego) a potem do pikowania 6... Rzecz w tym, że to pikowanie najmniej mnie cieszy z tego wszystkiego, za to chętnie uszyłabym jeszcze kilka topów.
Biorąc pod uwagę mój stosunek do kończenia tego co zaczęłam dziwię się coraz mocniej, że praca magisterska jest złożona w dziekanacie, a ja czekam na wyznaczenie terminu obrony. Całe życie ćwiczyłam się w tym, żeby przypadkiem niczego do końca nie doprowadzić (oprócz ciąży, ale to akurat nie ode mnie zależało) a tu proszę... Kilka patchworków skończyłam,a teraz wreszcie jest realna szansa na skończenie studiów. Hmmm. I tak jak mam pomysły na kolejne patchworki, tak już jestem w kolejnej szkole i zastanawiam się nad następnymi krokami.
Tylko jeszcze pracy mi brakuje.
Sewing is my therapy. My passion. My hobby. The way I spend my free time. It is not my profession, and I don't think it would ever be. But I love it and it gives me a lot of pleasure, despite being upset or crying when something goes wrong. It will be my pleasure if I meet here someone who shares my passion, or just stay here for a moment. Thank you for your time here. Feel welcome!
Wednesday, September 30, 2015
Monday, September 28, 2015
Saturday, September 26, 2015
Saturday, August 22, 2015
Saturday, August 1, 2015
Juki Long Arm
Która z quilterek nie marzy o long armie? Pewnie takie są, ale podejrzewam, że większość z nas od czasu do czasu wzdycha tęsknie gdy widzi cuda malowane maszyną przez te szczęściary, które takie maszyny mają. Ja też wzdycham tęsknie i z zazdrością gdy widzę piękne, dopracowane quilty szyte od początku do końca na maszynach domowych... Ta zazdrość głównie stąd, że ja też mam taką maszynę, Janka jest z wystarczająco wysokiej półki, żeby nie marudzić, a tymczasem to co robię daleko odbiega od cudów, które oglądam w necie.
Jest Szkoła Patchworku Anny Sławińskiej i jej blog, na którym podziwiam, z buzią szeroko rozdziawioną, jej prace. Jest prawdziwą artystką, chociaż osobą bardzo skromną. Skromną, ale z pasją i świadomością tego co potrafi. A potrafi ogromnie dużo i robi to pięknie. Z wyobraźnią, fantazją i odwagą. Miałam niewątpliwą przyjemność poznać Annę w czasie warsztatów organizowanych przez Warszawa Szyje (o czym pisałam jakiś czas temu), ale rozmawiać wtedy mogłyśmy bardzo krótko. Tłum nas tam wtedy był, maszyny huczały i każdy czegoś od Ani chciał. Na warszawskie spotkania patchworkowe nie miałam do tej pory możliwości dotrzeć, bo zebrania w instytucie pokrywają się z terminami (ale chyba przycisnę mój kalendarz i po wakacjach wybiorę się na takie spotkanie, choćby na kwadrans!) za to z wielką uwagą śledziłam ogłoszenia na temat warsztatów z pikowania na maszynie Juki z długim ramieniem.
Też miałam momenty gdy o takiej maszynie marzyłam, ale nawet nie śniłam, że będę miała okazję jej dotknąć i spróbować coś wypikować. Już wiem, że gdybym ją miała to nie byłoby mowy o tradycyjnym pikowaniu. Taka maszyna stałaby się moim ołówkiem. Długopisem. Cienkopisem. Piórem nawet. Bo to co można robić kierując igłą i stopką, a nie tkaniną pod maszyną jest niewyobrażalne i fenomenalne.
Zdjęć swoich nie zrobiłam, bo byłam zbyt zajęta rozmową i maszyną. W zasadzie obejrzenie maszyny zeszło na drugi plan, bo spotkałam niesamowitego człowieka, a tego nie wolno przegapić.
Jest Szkoła Patchworku Anny Sławińskiej i jej blog, na którym podziwiam, z buzią szeroko rozdziawioną, jej prace. Jest prawdziwą artystką, chociaż osobą bardzo skromną. Skromną, ale z pasją i świadomością tego co potrafi. A potrafi ogromnie dużo i robi to pięknie. Z wyobraźnią, fantazją i odwagą. Miałam niewątpliwą przyjemność poznać Annę w czasie warsztatów organizowanych przez Warszawa Szyje (o czym pisałam jakiś czas temu), ale rozmawiać wtedy mogłyśmy bardzo krótko. Tłum nas tam wtedy był, maszyny huczały i każdy czegoś od Ani chciał. Na warszawskie spotkania patchworkowe nie miałam do tej pory możliwości dotrzeć, bo zebrania w instytucie pokrywają się z terminami (ale chyba przycisnę mój kalendarz i po wakacjach wybiorę się na takie spotkanie, choćby na kwadrans!) za to z wielką uwagą śledziłam ogłoszenia na temat warsztatów z pikowania na maszynie Juki z długim ramieniem.
Też miałam momenty gdy o takiej maszynie marzyłam, ale nawet nie śniłam, że będę miała okazję jej dotknąć i spróbować coś wypikować. Już wiem, że gdybym ją miała to nie byłoby mowy o tradycyjnym pikowaniu. Taka maszyna stałaby się moim ołówkiem. Długopisem. Cienkopisem. Piórem nawet. Bo to co można robić kierując igłą i stopką, a nie tkaniną pod maszyną jest niewyobrażalne i fenomenalne.
Zdjęć swoich nie zrobiłam, bo byłam zbyt zajęta rozmową i maszyną. W zasadzie obejrzenie maszyny zeszło na drugi plan, bo spotkałam niesamowitego człowieka, a tego nie wolno przegapić.
Monday, June 29, 2015
Update nieszyciowy/no sewing
Sytuacja ma się tak: napisałam pracę magisterską i nie mogę się doczekać komentarzy mojej promotor. Pisałam w pośpiechu i panice, bo termin, który dostałam nagle tylko cudem pokrył się z zakończeniem robienia badań. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, a teraz niecierpliwie przebieram nóżkami. O obronie w lecie mogę zapomnieć, bo w tym celu musiałabym pracę złożyć w dziekanacie pojutrze.
Czekam także na wyniki egzaminów mojej córy. Z o wiele większym niepokojem.
Poza tym rozpoczęłam szkolne wakacje z taką ilością lektur, że normalnie nogami się nakrywam. W końcu przestałam chorować, bo wirus jakiś mnie dopadł i trzymał ponad 2 tygodnie zaczynając niewinnie, a potem rozkręcając się do granic wytrzymałości.
I teraz, po dwóch miesiącach odpuszczania próbuję odgruzować dom. Idzie mi to marnie, bo robię to metodycznie, szafka po szafce. Tym sposobem nie wyszłam jeszcze z kuchni (a w przesiewowych badaniach na uzależnienie od alkoholu na pewno ciachnęłabym kilka niezłych punktów; alkohol w domu jest zawsze, co stwierdziłam wygrzebując różne butelki z szafek). A obiecałam sobie, że dopóki nie spełnię swojego obowiązku wobec domu, rodziny i siebie samej to nie dotknę się do maszyny.
Czyli od jutra muszę ruszyć z impetem, bo ckni mi się już za maszyną, za uszytkami, za ufo, za tkaninami i coś bym popełniła... cokolwiek...
That's the situation: I have written my thesis and I'm awaiting for comments from my promoter. I was in panic because of dead line so writing wasn't a pleasure. I was lucky that I had finished my research on time. My thesis defence will be in autumn.
I'm also awaiting for my daughter's exams results.
I started my vacation with so many books to read that I'm not sure if I have time for anything else. And now, after months of giving up on house work I have to clean everything around. It takes time, unfortunately although I promised myself no to touch my sewing machine until everything is done. Nightmare.
Czekam także na wyniki egzaminów mojej córy. Z o wiele większym niepokojem.
Poza tym rozpoczęłam szkolne wakacje z taką ilością lektur, że normalnie nogami się nakrywam. W końcu przestałam chorować, bo wirus jakiś mnie dopadł i trzymał ponad 2 tygodnie zaczynając niewinnie, a potem rozkręcając się do granic wytrzymałości.
I teraz, po dwóch miesiącach odpuszczania próbuję odgruzować dom. Idzie mi to marnie, bo robię to metodycznie, szafka po szafce. Tym sposobem nie wyszłam jeszcze z kuchni (a w przesiewowych badaniach na uzależnienie od alkoholu na pewno ciachnęłabym kilka niezłych punktów; alkohol w domu jest zawsze, co stwierdziłam wygrzebując różne butelki z szafek). A obiecałam sobie, że dopóki nie spełnię swojego obowiązku wobec domu, rodziny i siebie samej to nie dotknę się do maszyny.
Czyli od jutra muszę ruszyć z impetem, bo ckni mi się już za maszyną, za uszytkami, za ufo, za tkaninami i coś bym popełniła... cokolwiek...
That's the situation: I have written my thesis and I'm awaiting for comments from my promoter. I was in panic because of dead line so writing wasn't a pleasure. I was lucky that I had finished my research on time. My thesis defence will be in autumn.
I'm also awaiting for my daughter's exams results.
I started my vacation with so many books to read that I'm not sure if I have time for anything else. And now, after months of giving up on house work I have to clean everything around. It takes time, unfortunately although I promised myself no to touch my sewing machine until everything is done. Nightmare.
Saturday, June 6, 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)