Lamówka to zuoooo!
Sewing is my therapy. My passion. My hobby. The way I spend my free time. It is not my profession, and I don't think it would ever be. But I love it and it gives me a lot of pleasure, despite being upset or crying when something goes wrong. It will be my pleasure if I meet here someone who shares my passion, or just stay here for a moment. Thank you for your time here. Feel welcome!
Saturday, August 22, 2015
Saturday, August 1, 2015
Juki Long Arm
Która z quilterek nie marzy o long armie? Pewnie takie są, ale podejrzewam, że większość z nas od czasu do czasu wzdycha tęsknie gdy widzi cuda malowane maszyną przez te szczęściary, które takie maszyny mają. Ja też wzdycham tęsknie i z zazdrością gdy widzę piękne, dopracowane quilty szyte od początku do końca na maszynach domowych... Ta zazdrość głównie stąd, że ja też mam taką maszynę, Janka jest z wystarczająco wysokiej półki, żeby nie marudzić, a tymczasem to co robię daleko odbiega od cudów, które oglądam w necie.
Jest Szkoła Patchworku Anny Sławińskiej i jej blog, na którym podziwiam, z buzią szeroko rozdziawioną, jej prace. Jest prawdziwą artystką, chociaż osobą bardzo skromną. Skromną, ale z pasją i świadomością tego co potrafi. A potrafi ogromnie dużo i robi to pięknie. Z wyobraźnią, fantazją i odwagą. Miałam niewątpliwą przyjemność poznać Annę w czasie warsztatów organizowanych przez Warszawa Szyje (o czym pisałam jakiś czas temu), ale rozmawiać wtedy mogłyśmy bardzo krótko. Tłum nas tam wtedy był, maszyny huczały i każdy czegoś od Ani chciał. Na warszawskie spotkania patchworkowe nie miałam do tej pory możliwości dotrzeć, bo zebrania w instytucie pokrywają się z terminami (ale chyba przycisnę mój kalendarz i po wakacjach wybiorę się na takie spotkanie, choćby na kwadrans!) za to z wielką uwagą śledziłam ogłoszenia na temat warsztatów z pikowania na maszynie Juki z długim ramieniem.
Też miałam momenty gdy o takiej maszynie marzyłam, ale nawet nie śniłam, że będę miała okazję jej dotknąć i spróbować coś wypikować. Już wiem, że gdybym ją miała to nie byłoby mowy o tradycyjnym pikowaniu. Taka maszyna stałaby się moim ołówkiem. Długopisem. Cienkopisem. Piórem nawet. Bo to co można robić kierując igłą i stopką, a nie tkaniną pod maszyną jest niewyobrażalne i fenomenalne.
Zdjęć swoich nie zrobiłam, bo byłam zbyt zajęta rozmową i maszyną. W zasadzie obejrzenie maszyny zeszło na drugi plan, bo spotkałam niesamowitego człowieka, a tego nie wolno przegapić.
Jest Szkoła Patchworku Anny Sławińskiej i jej blog, na którym podziwiam, z buzią szeroko rozdziawioną, jej prace. Jest prawdziwą artystką, chociaż osobą bardzo skromną. Skromną, ale z pasją i świadomością tego co potrafi. A potrafi ogromnie dużo i robi to pięknie. Z wyobraźnią, fantazją i odwagą. Miałam niewątpliwą przyjemność poznać Annę w czasie warsztatów organizowanych przez Warszawa Szyje (o czym pisałam jakiś czas temu), ale rozmawiać wtedy mogłyśmy bardzo krótko. Tłum nas tam wtedy był, maszyny huczały i każdy czegoś od Ani chciał. Na warszawskie spotkania patchworkowe nie miałam do tej pory możliwości dotrzeć, bo zebrania w instytucie pokrywają się z terminami (ale chyba przycisnę mój kalendarz i po wakacjach wybiorę się na takie spotkanie, choćby na kwadrans!) za to z wielką uwagą śledziłam ogłoszenia na temat warsztatów z pikowania na maszynie Juki z długim ramieniem.
Też miałam momenty gdy o takiej maszynie marzyłam, ale nawet nie śniłam, że będę miała okazję jej dotknąć i spróbować coś wypikować. Już wiem, że gdybym ją miała to nie byłoby mowy o tradycyjnym pikowaniu. Taka maszyna stałaby się moim ołówkiem. Długopisem. Cienkopisem. Piórem nawet. Bo to co można robić kierując igłą i stopką, a nie tkaniną pod maszyną jest niewyobrażalne i fenomenalne.
Zdjęć swoich nie zrobiłam, bo byłam zbyt zajęta rozmową i maszyną. W zasadzie obejrzenie maszyny zeszło na drugi plan, bo spotkałam niesamowitego człowieka, a tego nie wolno przegapić.
Monday, June 29, 2015
Update nieszyciowy/no sewing
Sytuacja ma się tak: napisałam pracę magisterską i nie mogę się doczekać komentarzy mojej promotor. Pisałam w pośpiechu i panice, bo termin, który dostałam nagle tylko cudem pokrył się z zakończeniem robienia badań. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, a teraz niecierpliwie przebieram nóżkami. O obronie w lecie mogę zapomnieć, bo w tym celu musiałabym pracę złożyć w dziekanacie pojutrze.
Czekam także na wyniki egzaminów mojej córy. Z o wiele większym niepokojem.
Poza tym rozpoczęłam szkolne wakacje z taką ilością lektur, że normalnie nogami się nakrywam. W końcu przestałam chorować, bo wirus jakiś mnie dopadł i trzymał ponad 2 tygodnie zaczynając niewinnie, a potem rozkręcając się do granic wytrzymałości.
I teraz, po dwóch miesiącach odpuszczania próbuję odgruzować dom. Idzie mi to marnie, bo robię to metodycznie, szafka po szafce. Tym sposobem nie wyszłam jeszcze z kuchni (a w przesiewowych badaniach na uzależnienie od alkoholu na pewno ciachnęłabym kilka niezłych punktów; alkohol w domu jest zawsze, co stwierdziłam wygrzebując różne butelki z szafek). A obiecałam sobie, że dopóki nie spełnię swojego obowiązku wobec domu, rodziny i siebie samej to nie dotknę się do maszyny.
Czyli od jutra muszę ruszyć z impetem, bo ckni mi się już za maszyną, za uszytkami, za ufo, za tkaninami i coś bym popełniła... cokolwiek...
That's the situation: I have written my thesis and I'm awaiting for comments from my promoter. I was in panic because of dead line so writing wasn't a pleasure. I was lucky that I had finished my research on time. My thesis defence will be in autumn.
I'm also awaiting for my daughter's exams results.
I started my vacation with so many books to read that I'm not sure if I have time for anything else. And now, after months of giving up on house work I have to clean everything around. It takes time, unfortunately although I promised myself no to touch my sewing machine until everything is done. Nightmare.
Czekam także na wyniki egzaminów mojej córy. Z o wiele większym niepokojem.
Poza tym rozpoczęłam szkolne wakacje z taką ilością lektur, że normalnie nogami się nakrywam. W końcu przestałam chorować, bo wirus jakiś mnie dopadł i trzymał ponad 2 tygodnie zaczynając niewinnie, a potem rozkręcając się do granic wytrzymałości.
I teraz, po dwóch miesiącach odpuszczania próbuję odgruzować dom. Idzie mi to marnie, bo robię to metodycznie, szafka po szafce. Tym sposobem nie wyszłam jeszcze z kuchni (a w przesiewowych badaniach na uzależnienie od alkoholu na pewno ciachnęłabym kilka niezłych punktów; alkohol w domu jest zawsze, co stwierdziłam wygrzebując różne butelki z szafek). A obiecałam sobie, że dopóki nie spełnię swojego obowiązku wobec domu, rodziny i siebie samej to nie dotknę się do maszyny.
Czyli od jutra muszę ruszyć z impetem, bo ckni mi się już za maszyną, za uszytkami, za ufo, za tkaninami i coś bym popełniła... cokolwiek...
That's the situation: I have written my thesis and I'm awaiting for comments from my promoter. I was in panic because of dead line so writing wasn't a pleasure. I was lucky that I had finished my research on time. My thesis defence will be in autumn.
I'm also awaiting for my daughter's exams results.
I started my vacation with so many books to read that I'm not sure if I have time for anything else. And now, after months of giving up on house work I have to clean everything around. It takes time, unfortunately although I promised myself no to touch my sewing machine until everything is done. Nightmare.
Saturday, June 6, 2015
Thursday, May 28, 2015
Saturday, May 16, 2015
Quilt binder set part 2
Mój prezent gwiazdkowy nie kurzy się tylko dlatego, że leży schowany w pudełku. Pisałam o nim tutaj. Przy pierwszym podejściu niewiele wyszło z szycia. Porzuciłam je rozczarowana i wkurzona, w zasadzie z przekonaniem, że do niczego takie cudo nie jest potrzebne. No chyba, że do tego, żebym była wkurzona.
Ale postanowiłam podejść do sprawy raz jeszcze. Minęło kilka miesięcy, ja chcę wykończyć te wszystkie UFO, które mi się walają w maszynowni, a ten patchwork jest tego najbliższy, bo przecież został wypikowany już, więc pozostała jedynie lamówka. Miała być niebieska, ale przy drugim podejściu postanowiłam zmienić wszystko:
Ale postanowiłam podejść do sprawy raz jeszcze. Minęło kilka miesięcy, ja chcę wykończyć te wszystkie UFO, które mi się walają w maszynowni, a ten patchwork jest tego najbliższy, bo przecież został wypikowany już, więc pozostała jedynie lamówka. Miała być niebieska, ale przy drugim podejściu postanowiłam zmienić wszystko:
- lamówka czerwona i krochmalona przy prasowaniu. Sama tkanina jest lepsza gatunkowo niż ta niebieska.
- kanapka została poprawiona - pikowanie przy samym brzegu okazało się marnym pomysłem, więc zostało wyprute, a sama kanapka jeszcze raz została przycięta i wyrównana
- stopka, po doświadczeniu z lamówką w kwiatki, została zmieniona na dual feed, zamiast tej, która jest standardowo w zestawie.
Chciałabym powiedzieć: i sukces! Ale nie powiem, bo do sukcesu to jeszcze kawałek. Ale: faktycznie, lamówka jest prosta i idzie jak marzenie, o wiele szybciej niż metodą tradycyjną. Mniej musiałam pilnować spodu, w zasadzie na prostej nie musiałam go pilnować w ogóle. Jeśli kanapki się nie ciągnie, nie wpycha na siłę to wszystko idzie prosto i przy brzegu bez uciekania w żadną stronę. Ale rogi i zakończenie - to jeszcze przede mną. No niestety, ale ta część nie poszła mi dobrze. Najwięcej czasu zabrały mi rogi właśnie i mocowanie z ułożeniem tkaniny tak, żeby igła przeszła we właściwym miejscu. Nie jest to proste, bo lamówka jest wciąż w lamowniku, więc manewry są ograniczone. Jakoś mi to poszło, ale właśnie w tamtych miejscach ścieg uciekł z lamówki, więc są kawałki, które muszę podszyć ręcznie. Nie będę pruła tym razem, bo narzuta jest do domu, więc mogę się nie przejmować takimi detalami.
Przede mną jeszcze niejedna próba, ale coraz bardziej jestem zadowolona z prezentu i zaczynam wierzyć, że mogę go wykorzystać i lamówki przestaną mnie straszyć.
Friday, May 15, 2015
Eksperyment
I tylko mam nadzieję, że nie wykończę maszyny. Stuka i puka tak głośno jakby chciała wyzionąć ducha.
Przyszła przesyłka z Buktole. Tkaniny są bardzo dobrej jakości, ale jestem trochę rozczarowana, bo monitor kolejny raz przekłamał kolory. I tak zostaną wykorzystane. Kiedyś.
Wizyta w Elce zakończyła się zakupem dzianin i wiskozy. Wiadomo, że nie po to, żeby uszyć patchwork. Mam prezent urodzinowy, innymi słowy. Jakoś zabrakło mi fantazji.
Przyszła przesyłka z Buktole. Tkaniny są bardzo dobrej jakości, ale jestem trochę rozczarowana, bo monitor kolejny raz przekłamał kolory. I tak zostaną wykorzystane. Kiedyś.
Wizyta w Elce zakończyła się zakupem dzianin i wiskozy. Wiadomo, że nie po to, żeby uszyć patchwork. Mam prezent urodzinowy, innymi słowy. Jakoś zabrakło mi fantazji.
I żałuję, że znowu wyjeżdżam na tydzień.
Subscribe to:
Posts (Atom)