Chciałam tylko napisać, że uwielbiam Kate Spain i poszalałam ostatnio... A teraz czekam niecierpliwie na paczkę (w nadziei, że UC nie zauważy jej i pozwoli mi przejąć tkaniny bez zbędnych formalności i dodatkowych opłat). Ponieważ najbardziej opłaca się zapłacić dużo za towar, żeby koszty przesyłki miały sens, to oprócz tych wszystkich tkanin zamówiłam linijki, które od dawna na mojej "wish list" wisiały. Gorzej, że nie wiem co teraz niby z nimi będę robiła!
Oto mój nowy niciak. Wygląda tutaj ciut lepiej niż w rzeczywistości, za to jest wygodny, pomieściłam wszystkie nici, igły, stopki do maszyn i jeszcze mam ciut miejsca. Czyż nie jest cudowny? Przy czyszczeniu znalazłam szpilkę i łudzę się nadzieją, że ona też z DDR ;). Nie przypuszczałam, że moja miłość do Berlina przeniesie się na wyposażenie wnętrz.
Maszyna wróciła z serwisu i do tej pory nie sprawdziłam jak działa.
Może lepiej niech się ta paczka ze Stanów nie spieszy...
Nie jest dobrze...
Sewing is my therapy. My passion. My hobby. The way I spend my free time. It is not my profession, and I don't think it would ever be. But I love it and it gives me a lot of pleasure, despite being upset or crying when something goes wrong. It will be my pleasure if I meet here someone who shares my passion, or just stay here for a moment. Thank you for your time here. Feel welcome!
Showing posts with label zakupy. Show all posts
Showing posts with label zakupy. Show all posts
Tuesday, March 21, 2017
Friday, May 6, 2016
Berlin - hell or heaven
Uwielbiam to miasto nieustająco. Wiem, że nie jest tak romantyczne jak Praga (rozważaliśmy czy tam nie pojechać, bo taniej i tak uroczo), ani tak legendarne jak Paryż (wciąż tam nie dotarłam). Ciągle rozważamy wyjazd do Barcelony, Amsterdamu, Brukseli (dwa ostatnie miasta widziałam, poznałam ciut) i jak się nie obejrzymy - d... zawsze z tyłu. Lądujemy w Berlinie. To był nasz pierwszy wspólny city break i najwidoczniej mamy same dobre skojarzenia. Praga jest zbyt zatłoczona, Budapeszt za smutny, a Berlin jest kilka godzin drogi od domu i taki swojski i nasz, chociaż nie znamy języka (plan na najbliższy czas: zrealizować postanowienie, że po CAE będę się uczyć niemieckiego).
Jako że ten blog nie jest podróżniczy to nie będę opowiadać o urokach Prenzlauer Berg czy Krezubergu, ani o tym ilu Polaków można spotkać w trakcie długiego weekendu majowego w stolicy Niemiec, ani o tym, że najlepsze szparagi są tam, a nam trafiły się z rewelacyjnym sosem holenderskim w knajpce, gdzie kelnerką była Polka od ponad 30 lat mieszkająca w Berlinie. Nie powiem Wam też o parkach, multi - kulti, o moich niepokojach, za które dziękuję mediom, o tym ilu miejsc nie zobaczyliśmy, ani o tym, że legendarne miejsce, od którego zaczęła się popularność curry wurst nie jest wcale najlepszym miejscem do ich jedzenia. I to nie dlatego, że dookoła jeżdżą samochody. Nie będę się zachwycała zielenią, przestrzenią, tartą z jabłkami i marcepanem (którą zjedliśmy drugi raz po zamknięciu kawiarni), ani o tym, że niedziele bez handlu nikogo nie zabijają. Zapomnę o tym, że w kawiarniach siedzą ludzie, którzy piszą piórami w notesach, a nie na laptopach oraz że 2 maja widzieliśmy demonstrację ludzi żądających wolności od pracy. Urlop dla wszystkich przez cały rok. Kolejny raz zapragnęliśmy być częścią tego miasta, ale też równie szybko dotarło do nas, że nie mamy na to dobrego pomysłu. Ale gdybyśmy mieli się dokądkolwiek wynosić to Berlin jest w czołówce miejsc dla nas. Przy czym nie jestem pewna czy nasz związek przetrwałby batalię o to, w której dzielnicy Berlina wolelibyśmy mieszkać... Pogoda była piękna, nóg nie czuliśmy, plecy dały mi się we znaki, tak że dopiero dzisiaj mogę potwierdzić ich pełną funkcjonalność. Było cudownie jak zwykle i jak zwykle mieliśmy problem z powrotem do domu - Berlin nas nie wypuszcza.
Nasz pobyt w Berlinie tym razem został podporządkowany spacerom od sklepu do sklepu. Wcale nie planowanym - pewne było to, że odwiedzimy Turecki Targ na Kreuzbergu, gdzie we wtorki i piątki rozstawione są stoiska z cudownymi warzywami, serami, pieczywem, jedzeniem gotowym oraz tkaninami i pasmanterią. Polecam każdemu, bo to i kolory, i klimat i zapachy. No i tkaniny i dzianiny. Oprócz tego są stoiska z tkaninami typu home decor, są też ubraniowe skierowane ewidentnie do klienta tureckiego, ale oprócz tego są zawsze co najmniej 2 stoiska, na których można kupić bawełnę. Tym razem trafiłam na taką za 3 albo 4 euro za metr, co jest przyzwoitą ceną nie tylko przecież jak na niemieckie warunki. Nie są to tkaniny najwyższej jakości, ale są w porządku - drobne wzory, wyraźne kolory, chociaż czasem widać jakąś wadę fabryczną. Najwięcej jest jednak bawełny za około 6 euro. Wzory są ciekawe, chociaż część z nich ewidentnie przypomina coś co już było widoczne, natomiast nie są to wzory, które widzę na polskich grupach zakupowych na fb, czy w sklepach, które sprowadzają tkaniny z Czech czy Francji.
To co okazało się największą niespodzianką naszego pobytu to 2 sklepy z tkaninami, które znajdowały się 3 przystanki tramwajowe od domu, w którym mieszkaliśmy. Jasne, że przed wyjazdem niby sprawdzałam gdzie są sklepy z tkaninami, ale jakoś nie trafiłam nigdy na ten adres. Może jest nowy i stąd ta niewiedza. W jednym miejscu znajduje się sklep "dzieckowy" gdzie są tkaniny, dzianiny, nici (Madeira głównie), wstążki etc. Liczyłam na tkaniny Tante Ema, ale ich tam nie znalazłam. Obsługa nie używała angielskiego (być może pani, z którą rozmawiałam nie znała go), ale i tak było miło i z uśmiechem. Ceny tkanin - od 6,90 do ok. 12 euro. Skupiałam się raczej na niższej półce cenowej, bo aktualny kurs euro za nic nie pozwalał na szaleństwo... Nie trafiłam na żadne przeceny. Tkaniny laminowane, wodoodporne kosztowały ponad 18 euro. Przestała mnie dziwić popularność objazdowego targu tkaninowego, na który trafiliśmy poprzednim razem. Tkaniny w tym sklepie są dobre jakościowo, ale były wzory, które kompletnie nie przypadły mi do gustu. Tkaniny są patchworkowe, ale też po prostu ubraniowe i myślę, że raczej o to chodzi, bo bawełna, którą kupiłam zdecydowanie nadawałaby się na ciuszki dla dzieci. Jest bardziej miękka niż ta, którą kupuję w Polsce. Zdjęcia sklepu nie mam, ale jest link do ich strony internetowej. Zakupy do Polski są możliwe, ale koszt przesyłki jest dla mnie zaporowy. W Berlinie sklep mieści się na Lindsberger Allee 52 (M5, M6, M8).
Pod tym samym adresem znajduje się raj (albo piekło) dla tych, którzy szyją ciuchy. Oczywiście, są tam też tkaniny bawełniane patchworkowe, chociaż z większym naciskiem na pościelowe (o ile dobrze zrozumiałam to co było napisane na regale). Sklep samoobsługowy, więc koszyk na kółkach, biegniesz do regału, ściągasz belkę i dopiero wtedy obsługa kroi tkaninę. Z językiem angielskim bywa różnie: trafiłam na panią, która mówi, ale przy kasie miałyśmy już problem... Oprócz tkanin są różne typu wykroje (od ubrań wszelakich przez torby po zabawki dla dzieci), pasmanteria, włóczki, fat quarters, panele do poduszek etc, nici, guziki, wstążki... Jeśli jesteś w Berlinie i masz pomysł na uszycie czegoś to tam można znaleźć wszytko czego będziesz potrzebować. Wkłady, fizeliny, wypełnienia poduszek, maszyny do szycia... Sklep ma ogromną powierzchnię (w każdym razie ja takiego dawno nie widziałam) a ceny tkanin bawełnianych oscylują od 7 do kilkunastu euro, przy czym można trafić na wyprzedaże, więc kupiłam tkaninę bawełnianą za 5 euro/metr. Po dekatyzacji nie jestem zachwycona jej jakością, ale dopiero w szyciu zobaczę co jest warta. Nie jest to jednak typowo patchworkowa bawełna. Ceny wypełnień, fizelin nie odbiegały od tych, które są w Polsce, przy czym wypełnienie poliestrowe jest zdecydowanie droższe niż to, które mamy na miejscu. Być może ten sklep byłby rajem w okresie wyprzedaży. Nazywa się Stoff & Stil.
W tym samym budynku jest jeszcze sklep dla osób zajmujących się krawiectwem i sprzedażą (manekiny, wieszaki, kosze etc).

Nie były to jednak jedyne odkrycia. Przy okazji wędrówki na ciastko z jabłkami (drugiej, bo pierwszy raz jedliśmy ciastko w niedzielę, siedząc na ławce zwróconej przodem do kawiarni a tyłem do ulicy, co wyjaśnia mój kompletny brak rozeznania) i w poszukiwaniu sklepu Stoffmeyer (zamknięty, niestety, albo zmienił lokalizację) odkryłam ten oto przybytek na ulicy Veteranenstrasse 19. Vis a vis jest kawiarnia z pyszną tartą z jabłkiem... Bawełna, tkaniny, jerseye. Ceny dla mnie zaporowe, raczej od 10 euro. FQ około 3 euro. Jakość tkanin dobra, mają tam też tkaniny amerykańskie, natomiast ceny nie są konkurencyjne dla tych, które są w Polsce, a już na pewno nie są dla amerykańskich... Oczywiście, o ile uda się uniknąć cła ;).
Trudno z tego sklepu wyjść, ale też trudno mi było przełamać się i coś tam kupić. Jednak mam jakiś opór przed dwucyfrowymi cenami tkanin kiedy mam płacić w euro (ale też przyznaję, że łatwiej się wydaje 5 euro niż 22 pln. Mózg jakoś inaczej to rozumie... )
Frau Tulpe też ma stronę internetową.
I jeszcze gdy ruszyliśmy zwiedzać Prenzlauer Berg odwiedziliśmy niewielki sklep z tkaninami, z którym wiązałam sporo nadziei, ale okazało się, że ceny tam są znowu zaporowe, chociaż tkaniny nie są importowane z USA. Natomiast znowu - bawełny tam są, trochę tkanin poliestrowych, flanele. Nici, guziki, zamki błyskawiczne, wstążki satynowe (te dwustronne, których uparcie szukam w dobrej cenie; tam cena była równie trudna do przyjęcia co te polskie, o ile bierze się pod uwagę szycie więcej niż 1 woreczka). Przy wejściu do sklepu leżały tkaniny patchworkowe sprzedawane w tym tygodniu po 8 euro, 2 - 3 wzory, a w sklepie ceny były już normalne jak na niemieckie sklepy. Zick Zack Nahwelt mieści się na skrzyżowaniu właściwie Schonhauser Allee i Torstrasse, blisko wyjścia ze stacji metra. Kawałek dalej, idąc Schonhauser można trafić na kawiarnię, która jest jednocześnie palarnią kawy, do której zakaz wjazdu mają wózki dziecięce, a dzieci do lat 8 nie są mile widziane. Jeśli ktoś szuka miejsca, w którym nie natknie się na małe dziecko to tam powinno być bezpiecznie.
Zakupów trochę zrobiłam, tkaniny mam, ale i tak z wytęsknieniem czekam na kolejny targ tkanin, na którym będę mogła być. Tym razem jednak chciałabym pojechać z jakąś koncepcją, bo jechanie w ciemno (kupię co mi się będzie podobało) jest bardzo bardzo bardzo zdradliwe.
I teraz tylko poproszę dużo czasu i weny na wykańczanie tego wszystkiego co leży w mojej maszynowni, oraz na kolejne projekty.
I jakieś żółtawe tkaniny z dużym wzorem, które będą pasowały do tych tkanin, które kupiłam, żebym wreszcie ruszyła z projektem dziecięcym (który ewidentnie nie jest moją mocną stroną).
Jako że ten blog nie jest podróżniczy to nie będę opowiadać o urokach Prenzlauer Berg czy Krezubergu, ani o tym ilu Polaków można spotkać w trakcie długiego weekendu majowego w stolicy Niemiec, ani o tym, że najlepsze szparagi są tam, a nam trafiły się z rewelacyjnym sosem holenderskim w knajpce, gdzie kelnerką była Polka od ponad 30 lat mieszkająca w Berlinie. Nie powiem Wam też o parkach, multi - kulti, o moich niepokojach, za które dziękuję mediom, o tym ilu miejsc nie zobaczyliśmy, ani o tym, że legendarne miejsce, od którego zaczęła się popularność curry wurst nie jest wcale najlepszym miejscem do ich jedzenia. I to nie dlatego, że dookoła jeżdżą samochody. Nie będę się zachwycała zielenią, przestrzenią, tartą z jabłkami i marcepanem (którą zjedliśmy drugi raz po zamknięciu kawiarni), ani o tym, że niedziele bez handlu nikogo nie zabijają. Zapomnę o tym, że w kawiarniach siedzą ludzie, którzy piszą piórami w notesach, a nie na laptopach oraz że 2 maja widzieliśmy demonstrację ludzi żądających wolności od pracy. Urlop dla wszystkich przez cały rok. Kolejny raz zapragnęliśmy być częścią tego miasta, ale też równie szybko dotarło do nas, że nie mamy na to dobrego pomysłu. Ale gdybyśmy mieli się dokądkolwiek wynosić to Berlin jest w czołówce miejsc dla nas. Przy czym nie jestem pewna czy nasz związek przetrwałby batalię o to, w której dzielnicy Berlina wolelibyśmy mieszkać... Pogoda była piękna, nóg nie czuliśmy, plecy dały mi się we znaki, tak że dopiero dzisiaj mogę potwierdzić ich pełną funkcjonalność. Było cudownie jak zwykle i jak zwykle mieliśmy problem z powrotem do domu - Berlin nas nie wypuszcza.
Nasz pobyt w Berlinie tym razem został podporządkowany spacerom od sklepu do sklepu. Wcale nie planowanym - pewne było to, że odwiedzimy Turecki Targ na Kreuzbergu, gdzie we wtorki i piątki rozstawione są stoiska z cudownymi warzywami, serami, pieczywem, jedzeniem gotowym oraz tkaninami i pasmanterią. Polecam każdemu, bo to i kolory, i klimat i zapachy. No i tkaniny i dzianiny. Oprócz tego są stoiska z tkaninami typu home decor, są też ubraniowe skierowane ewidentnie do klienta tureckiego, ale oprócz tego są zawsze co najmniej 2 stoiska, na których można kupić bawełnę. Tym razem trafiłam na taką za 3 albo 4 euro za metr, co jest przyzwoitą ceną nie tylko przecież jak na niemieckie warunki. Nie są to tkaniny najwyższej jakości, ale są w porządku - drobne wzory, wyraźne kolory, chociaż czasem widać jakąś wadę fabryczną. Najwięcej jest jednak bawełny za około 6 euro. Wzory są ciekawe, chociaż część z nich ewidentnie przypomina coś co już było widoczne, natomiast nie są to wzory, które widzę na polskich grupach zakupowych na fb, czy w sklepach, które sprowadzają tkaniny z Czech czy Francji.To co okazało się największą niespodzianką naszego pobytu to 2 sklepy z tkaninami, które znajdowały się 3 przystanki tramwajowe od domu, w którym mieszkaliśmy. Jasne, że przed wyjazdem niby sprawdzałam gdzie są sklepy z tkaninami, ale jakoś nie trafiłam nigdy na ten adres. Może jest nowy i stąd ta niewiedza. W jednym miejscu znajduje się sklep "dzieckowy" gdzie są tkaniny, dzianiny, nici (Madeira głównie), wstążki etc. Liczyłam na tkaniny Tante Ema, ale ich tam nie znalazłam. Obsługa nie używała angielskiego (być może pani, z którą rozmawiałam nie znała go), ale i tak było miło i z uśmiechem. Ceny tkanin - od 6,90 do ok. 12 euro. Skupiałam się raczej na niższej półce cenowej, bo aktualny kurs euro za nic nie pozwalał na szaleństwo... Nie trafiłam na żadne przeceny. Tkaniny laminowane, wodoodporne kosztowały ponad 18 euro. Przestała mnie dziwić popularność objazdowego targu tkaninowego, na który trafiliśmy poprzednim razem. Tkaniny w tym sklepie są dobre jakościowo, ale były wzory, które kompletnie nie przypadły mi do gustu. Tkaniny są patchworkowe, ale też po prostu ubraniowe i myślę, że raczej o to chodzi, bo bawełna, którą kupiłam zdecydowanie nadawałaby się na ciuszki dla dzieci. Jest bardziej miękka niż ta, którą kupuję w Polsce. Zdjęcia sklepu nie mam, ale jest link do ich strony internetowej. Zakupy do Polski są możliwe, ale koszt przesyłki jest dla mnie zaporowy. W Berlinie sklep mieści się na Lindsberger Allee 52 (M5, M6, M8).
Pod tym samym adresem znajduje się raj (albo piekło) dla tych, którzy szyją ciuchy. Oczywiście, są tam też tkaniny bawełniane patchworkowe, chociaż z większym naciskiem na pościelowe (o ile dobrze zrozumiałam to co było napisane na regale). Sklep samoobsługowy, więc koszyk na kółkach, biegniesz do regału, ściągasz belkę i dopiero wtedy obsługa kroi tkaninę. Z językiem angielskim bywa różnie: trafiłam na panią, która mówi, ale przy kasie miałyśmy już problem... Oprócz tkanin są różne typu wykroje (od ubrań wszelakich przez torby po zabawki dla dzieci), pasmanteria, włóczki, fat quarters, panele do poduszek etc, nici, guziki, wstążki... Jeśli jesteś w Berlinie i masz pomysł na uszycie czegoś to tam można znaleźć wszytko czego będziesz potrzebować. Wkłady, fizeliny, wypełnienia poduszek, maszyny do szycia... Sklep ma ogromną powierzchnię (w każdym razie ja takiego dawno nie widziałam) a ceny tkanin bawełnianych oscylują od 7 do kilkunastu euro, przy czym można trafić na wyprzedaże, więc kupiłam tkaninę bawełnianą za 5 euro/metr. Po dekatyzacji nie jestem zachwycona jej jakością, ale dopiero w szyciu zobaczę co jest warta. Nie jest to jednak typowo patchworkowa bawełna. Ceny wypełnień, fizelin nie odbiegały od tych, które są w Polsce, przy czym wypełnienie poliestrowe jest zdecydowanie droższe niż to, które mamy na miejscu. Być może ten sklep byłby rajem w okresie wyprzedaży. Nazywa się Stoff & Stil.
W tym samym budynku jest jeszcze sklep dla osób zajmujących się krawiectwem i sprzedażą (manekiny, wieszaki, kosze etc).

Nie były to jednak jedyne odkrycia. Przy okazji wędrówki na ciastko z jabłkami (drugiej, bo pierwszy raz jedliśmy ciastko w niedzielę, siedząc na ławce zwróconej przodem do kawiarni a tyłem do ulicy, co wyjaśnia mój kompletny brak rozeznania) i w poszukiwaniu sklepu Stoffmeyer (zamknięty, niestety, albo zmienił lokalizację) odkryłam ten oto przybytek na ulicy Veteranenstrasse 19. Vis a vis jest kawiarnia z pyszną tartą z jabłkiem... Bawełna, tkaniny, jerseye. Ceny dla mnie zaporowe, raczej od 10 euro. FQ około 3 euro. Jakość tkanin dobra, mają tam też tkaniny amerykańskie, natomiast ceny nie są konkurencyjne dla tych, które są w Polsce, a już na pewno nie są dla amerykańskich... Oczywiście, o ile uda się uniknąć cła ;).
Trudno z tego sklepu wyjść, ale też trudno mi było przełamać się i coś tam kupić. Jednak mam jakiś opór przed dwucyfrowymi cenami tkanin kiedy mam płacić w euro (ale też przyznaję, że łatwiej się wydaje 5 euro niż 22 pln. Mózg jakoś inaczej to rozumie... )
Frau Tulpe też ma stronę internetową.
I jeszcze gdy ruszyliśmy zwiedzać Prenzlauer Berg odwiedziliśmy niewielki sklep z tkaninami, z którym wiązałam sporo nadziei, ale okazało się, że ceny tam są znowu zaporowe, chociaż tkaniny nie są importowane z USA. Natomiast znowu - bawełny tam są, trochę tkanin poliestrowych, flanele. Nici, guziki, zamki błyskawiczne, wstążki satynowe (te dwustronne, których uparcie szukam w dobrej cenie; tam cena była równie trudna do przyjęcia co te polskie, o ile bierze się pod uwagę szycie więcej niż 1 woreczka). Przy wejściu do sklepu leżały tkaniny patchworkowe sprzedawane w tym tygodniu po 8 euro, 2 - 3 wzory, a w sklepie ceny były już normalne jak na niemieckie sklepy. Zick Zack Nahwelt mieści się na skrzyżowaniu właściwie Schonhauser Allee i Torstrasse, blisko wyjścia ze stacji metra. Kawałek dalej, idąc Schonhauser można trafić na kawiarnię, która jest jednocześnie palarnią kawy, do której zakaz wjazdu mają wózki dziecięce, a dzieci do lat 8 nie są mile widziane. Jeśli ktoś szuka miejsca, w którym nie natknie się na małe dziecko to tam powinno być bezpiecznie.Zakupów trochę zrobiłam, tkaniny mam, ale i tak z wytęsknieniem czekam na kolejny targ tkanin, na którym będę mogła być. Tym razem jednak chciałabym pojechać z jakąś koncepcją, bo jechanie w ciemno (kupię co mi się będzie podobało) jest bardzo bardzo bardzo zdradliwe.
I teraz tylko poproszę dużo czasu i weny na wykańczanie tego wszystkiego co leży w mojej maszynowni, oraz na kolejne projekty.
I jakieś żółtawe tkaniny z dużym wzorem, które będą pasowały do tych tkanin, które kupiłam, żebym wreszcie ruszyła z projektem dziecięcym (który ewidentnie nie jest moją mocną stroną).
Monday, April 20, 2015
Te nici kupiłam w Berlinie. Spodobały mi się tak że dokupiłam kolejne szpulki w sklepie b-craft. Skusiła mnie promocja, winna Wysoki Sądzie. Wysłuchane Echo winy. Przeczytane Ziarno prawdy. Czas na jakąś nie kryminalną lekturę, ale po tygodniu w szkole pewnie nie będzie mi się chciało wysilać...
Coats thread was bought in Berlin. I like it so much that I decided to buy more in b-craft shop. They had sale so I bought cotton fabric, batting and threads. Guilty.
Tuesday, March 17, 2015
Moja berlińska rozpusta...
Niebieska tkanina w łezki i ta czerwona ze zdjęcia z gazetami to były metrowe kupony, ze stoiska z tkaninami patchworkowymi. Różni się od tych pierwszych; jest mniej śliska, bardziej patchworkowa. Tamte mogłabym wykorzystać pewnie też do innych projektów.
Gazety kupione na dworcu ZOO - nie kupiłam wszystkiego co było, a wyborem byłam zaskoczona. Spędziłam tam dobre pół godziny, bo oprócz czasopism niemieckojęzycznych (było kilka oprócz tych, które wybrałam) jest tam też półka z czasopismami z zagranicy, a tam były tytuły anglojęzyczne. Ceny niższe niż te w Polsce, ale po obejrzeniu wszystkiego doszłam do wniosku, że niektórych nie ma sensu kupować. Nie dlatego, że były nieciekawe, ale nie dla mnie. Za to w jednej z gazet, które kupiłam znalazłam naszą polską quilterkę. W takich momentach duma mnie rozpiera.
Oprócz bawełen patchworkowych pofolgowaliśmy sobie (bo tutaj brał udział Ukochaniec) w zakupach dla domu i nie tylko. Pasiak będzie naszym codziennym obrusem na stół w dużym pokoju. Idealnie się komponuje z fioletową kanapą. Pasiaki były pokazane na zdjęciu w poprzednim poście i chętnie kupiłabym kilka innych, ale pozostałe niekoniecznie pasowałyby do naszego domu. Przyznam, że samym stylem tkanina wcale się nie wpisuje idealnie w to co mamy w domu, ale kolory nas urzekły.
A że my też przymierzamy się do zmian w naszym pokoju, to kupiliśmy sobie jeszcze tkaninę w motyle, z której uszyję powłoczki na poduchy, o które opieramy się w niedzielne poranki jedząc śniadanie i oglądając w łóżku filmy. Z szyciem tych poduch jeszcze się wstrzymuję, bo dopóki nie zmienimy koloru ściany za łóżkiem to motyle nie będą za nic pasować.
Labels:
bawełna,
cotton,
fabric,
fabricoholism,
jacquard,
shopping,
szmatoholizm,
tkaniny,
zakupy
Monday, March 16, 2015
Stoffmarkt czyli sobota w Berlinie/Stoffmarkt - Saturday in Berlin (fever)
| Z berlińskiej wystawy na Sauvigny Platz |
Słyszałam o tym miejscu już wcześniej, ale mimo kilku wyjazdów do Berlina ani razu nie udało mi się trafić. Za każdym razem miałam w planach, że poszukam sklepów patchworkowych, ale kończyło się na wizycie na tureckim targu na Kreuzbergu, gdzie wystawione są stoiska z przeróżnymi tkaninami, a kobiety przepychają się oglądając, macając i wybierając materiały na kreacje. Bardzo dużo jest tam Turczynek właśnie, ale nie tylko. Są stoiska z bawełną, która - wtedy gdy byłam tam ostatni raz - kosztowała od 7 euro. Trafiłam też na taką tańszą, ale do dzisiaj nie jestem pewna co to za tkanina, bo niby bawełna, ale z takim połyskiem i śliskością, że równie dobrze mogłaby być podszewką. Ale była tak żywo pomarańczowa, że nie mogłam sobie odmówić...
My beloved come with Berlin trip idea on Friday afternoon. I said YEEEES, and I would say so no matter when he told me about it. We were to go on Friday night but finally decided that Saturday morning would be much better. And when I was looking for accomodation (we wanted private appartment not a hotel room) I checked some information about quilting shops in Berlin. And what I found? Of course, German and Dutch Stoffmarkt that took place in Spandau and Potsdam on that weekend!

Ukochaniec wycieczkę do Berlina wymyślił niespodziewanie i wziął mnie z zaskoczenia. W zasadzie jakby tego nie zrobił i tak na propozycję wyjazdu usłyszałby TAAAAK! Pomysł w piątek po południu, mieliśmy jechać wieczorem, ale w związku z moimi obowiązkami przenieśliśmy wyjazd na blady świt sobotni. I bardzo dobrze. Bo dzięki temu, szukając hotelu, postanowiłam też posprawdzać jakieś informacje o sklepach quiltingowych, bo może coś gdzieś... może na jakimś forum... I tak, od strony do strony dotarłam do tego, o czym słyszałam. Do raju dla szmatoholiczek, niebezpiecznym dla portfela, serca i zdrowych zmysłów.Po Holandii i Niemczech jeździ targ objazdowy z tkaninami wszelkimi, pasmanterią, a nawet - jak się okazało na miejscu - z maszynami Bernina.
My beloved couldn't believe that I didn't put a spell on him to choose this specific weekend. I have some Tarot cards but really, I had nothing to do with it (what a pitty).
Ukochaniec uwierzyć nie mógł, że tak to się poukładało i przez cały wyjazd zachodził w głowę jak go zaczarowałam, że wybrał taki a nie inny termin... Chciałąbym być taką czarownicą, ale sama dowiedziałam się o tym kiedy te targi są dopiero po zaplanowaniu wyjazdu, więc nijak nie mogę sobie tego przypisać. Po prostu tak musiało być!
Na początku marca targ był w Berlinie w Spandau i w Poczdamie. Pojechaliśmy tylko do Spandau, bo po zakupach przestraszyłam się sama siebie... To nie jest takie łatwe, jakby się wydawało. Na początku jest zachwyt i oczopląs, zwiedzanie, oglądanie każdego stoiska, o ile można się przepchnąć. Wybór tkanin ogromny: ubraniowe, dzianiny, home decor, żakardy, jedwabie, bawełny wszelkiej maści... Oprócz tego sprzęt do krojenia, nici, guziki, wstążki i tasiemki, zamki błyskawiczne, aplikacje, naprasowywanki i te maszyny do szycia...
No do wyboru do koloru, co sobie tylko Jagienka winszuje. No to zwariowałam. Obejrzałam wszystkie stoiska. Zrobiłam selekcję. Wybrałam te, w których rzeczywiście mogłam coś kupić.We went to Spandau only as it wasn't easy for me to be there, surrounded by all those fabrics, without such an amount of money to be really satisfied with my choices. Permanent feeling of some kind of loss even if I found there so much beautiful stuff. So firstly I just walked around watching at jersey, cotton, jacquard, threads, zippers, buttons and cotton again, laminated cotton, layer cakes, mats, blades, scissors, needles... All I could imagine was there. And myself in the middle of heaven or hell...

Poszłam na kawę.
Na szczęście miałam czas na to, by chwilę odetchnąć i popatrzeć na kościół Mikołaja, który stareńki, najstarszy w Spandau (w ogóle najstarszy, bo przecież Berlin nie ma takiej centralnej Starówki jak miasta w Polsce, więc ten bruk, stary kościół i kamienice wokół to miła odmiana po XIX i XX wiecznej nowoczesności Berlina), wziąć kilka głębokich oddechów i wrócić do stoisk z bawełną.
Quality of this cotton is not the same as American but this cotton was also different than Polish or Czech. It is something between. I think it will work with all fashion sewing, not only patchwork. But - what is important - there were different types of cotton fabric. Prices started with 6 euro. You could choose between yardage, coupons or precuts, but not at the every counter. You can find also japanese cotton (about 18 euros/metr), Moda layer cakes (about 42 euros). I was stunned by colours, especially my favourite turquoise... Too much of them, I couldn't make my mind.
Jakość bawełny sprzedawanej tam jest pomiędzy tym co kupuję w Polsce a tym co jest w Stanach. Oprócz tej europejskiej, jak przypuszczam, bawełny, która kosztuje między 6 a 7 euro za metr, są też tkaniny japońskie (około 18 euro), tildy (nie patrzyłam na ceny, ale nie były konkurencyjne), pre cutsy Mody (layer cake za 42 euro) - także jedynie kupowanie tkanin europejskich wchodziło w grę. Sprzedawane były na metry albo na kupony po pół metra albo metr. I jak stanęłam przed takim jednym stoiskiem, które mnie zaczarowało ilością turkusów zrozumiałam, że to jest bez sensu. Kompletnie.Nie ma takich pieniędzy, które by mi wystarczyły, żebym wyjechała stamtąd usatysfakcjonowana.
Nie ma dokładnie tego co potrzebuję, żeby zrealizować planowane przeze mnie projekty.
Nie mam też pomysłu na konkretny projekt, pod który musiałabym kupić nową bawełnę.
Jestem w kropce.
Ale i tak nie wyjechałam z pustymi rękami.Przy okazji odkryłam, że w sklepach Karstadt jest teraz dział z tkaninami i akcesoriami do szycia. I tam, jakoś pewnie bezmyślnie, ale też z ciekawości, kupiłam nici Coats. Przy okazji mogłam porównać ceny z regularnego sklepu - tam bawełna na przecenie kosztowała od 8 euro, ale większość przecenionych bawełenek kosztowała 10 euro, natomiast regularne ceny zaczynały się od 15. Nie ma co się dziwić, że stoiska z bawełną po 6 euro były oblegane.
By the way, I found that now you can buy fabris in Karstadt. They have department selling sewing accesories and fabrics, coats thread. Prices are high for me, as regular start from 15 euros. It is obvious why stoffmarkt is so popular.
When I am in Berlin I also visit Idee shop in Charlottenburg. This shop is a heaven for everyone who love crafts: from scrapbooking thru sewing to art. They have department with fabric and threads, some precuts. Prices are little lower than in Karstadt, quality of cotton is good.
Oczywiście, bawełny patchworkowe też są, ale ceny - takie jak w Karstadt, chociaż wybór zdecydowanie większy. Natomiast wciąż nie są to tkaniny, które mój budżet może pomieścić.
W efekcie przyjechałam z Berlina z tkaninami, nićmi (droższymi niż w Polsce, ale ciekawość była silniejsza), patchworkowymi pismami kupionymi na dworcu Zoo (tam jest wyjątkowo duży wybór, ale pewnie są inne takie miejsca w Berlinie - ja nie znalazłam jeszcze), krochmalem w sprayu (tańszy niż to co kupowałam w Polsce) i jednym pisakiem niezmywalnym.
Sprawdzę kiedy następnym razem objazdowy targ będzie w Berlinie i tym razem, z pełną świadomością, będę naciskać.
Next time Stoffmarkt in Potsdam is on 31 of May and I think I'm going to push my man to go there on that day... Of course, the market travels around Germany and you can find its schedule on the website. And remember to be strong when you get there... ;).
Labels:
bawełna,
cotton,
fabric,
fabricoholism,
quilting,
shopping,
Stoffmarkt,
tkaniny,
zakupy
Monday, February 23, 2015
Zakupy...
Moje zakupy... jesno z noworocznych postanowień zostało złamane w pierwszym kwartale. W tym przypadku mam usprawiedliwienie: tkanina w konie kupiona z myślą o poduszce dla koniary. A przecież po co płacić koszty przesyłki za 1 m skoro można kupić więcej?
I wszystko byłoby w porządku vdyby nie fakt, że zaraz idę do inpostu po kolejną paczkę. Tym razem usprawiedliwienia nie będzie. Jakaś pokuta?
I wszystko byłoby w porządku vdyby nie fakt, że zaraz idę do inpostu po kolejną paczkę. Tym razem usprawiedliwienia nie będzie. Jakaś pokuta?
Saturday, April 5, 2014
Objazdówka sobotnia
Zaczęło się od wizyty w Reducie, gdzie jest pasmanteria "U Zapolskiej". Nie jest duża, na zdjęciu wydawała się zdecydowanie większa, ale ma pewnie wszystko to, czego może potrzebować osoba zajmująca się craftem. Ja sama wyszłam bez zakupów, ale faktycznie są tam i nici, i kordonki, i włóczki, i jakieś przydasie do szycia i ozdabiania. Nawet jest trochę tkanin, ale symbolicznie.
Potem trafiliśmy na przeciwko, do Blue City, żeby zobaczyć jakiś craftowy bazarek, czy coś takiego - nie mam pojęcia czy to ma jakąś nazwę. Stoisk nie było dużo, za to można było obejrzeć wystawę prac haftu. Na stoiskach cudów nie było, chociaż tym razem udało mi się coś kupić. Trafiłam na nici DMC do pikowania - widziałam je na ich stronie, ale nie mogłam znaleźć na razie w żadnej pasmanterii. Zakupy zrobiłam zachowawczo: tylko biała i jasno różowa nitka. A na drugim stoisku trafiłam na nici Gutermana, wydanie rocznicowe: 150 yardów w cenie 100. Niestety, ilość kolorów ograniczona... Były też sprzęty do decoupage, hafciarka Husqvarny, ale przede wszystkim haft i spaghetti, które jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, ale ja też nie mam pojęcia nic a nic o szydełkowaniu, a drutów używam sporadycznie i to w jednym wydaniu: oczko prawe, oczko lewe. Na jednym stoisku były tłuste ćwiartki, ale w masakrycznej cenie 15 pln za sztukę. Daleko wykracza to poza moje możliwości finansowe.
Na koniec odwiedziłam nowootwarty outlet z tkaninami. Niewielki, ale fajny i spory wybór tkanin. Nie byłam na samym otwarciu, więc nie wiem jaki wybór był rano, ale po południu udało mi się trafić 2 tkaniny do patchworku. Pewnym minusem jest to, że to nie są duże ilości tkanin, w związku z czym ja mogę tam trafiać na tkaniny do scrapowych narzut, albo do małych rzeczy, ale jest to zawsze jakaś alternatywa dla szmatoholiczki.
Maszyna nadal puszcza, więc wracam do rombów.
Potem trafiliśmy na przeciwko, do Blue City, żeby zobaczyć jakiś craftowy bazarek, czy coś takiego - nie mam pojęcia czy to ma jakąś nazwę. Stoisk nie było dużo, za to można było obejrzeć wystawę prac haftu. Na stoiskach cudów nie było, chociaż tym razem udało mi się coś kupić. Trafiłam na nici DMC do pikowania - widziałam je na ich stronie, ale nie mogłam znaleźć na razie w żadnej pasmanterii. Zakupy zrobiłam zachowawczo: tylko biała i jasno różowa nitka. A na drugim stoisku trafiłam na nici Gutermana, wydanie rocznicowe: 150 yardów w cenie 100. Niestety, ilość kolorów ograniczona... Były też sprzęty do decoupage, hafciarka Husqvarny, ale przede wszystkim haft i spaghetti, które jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, ale ja też nie mam pojęcia nic a nic o szydełkowaniu, a drutów używam sporadycznie i to w jednym wydaniu: oczko prawe, oczko lewe. Na jednym stoisku były tłuste ćwiartki, ale w masakrycznej cenie 15 pln za sztukę. Daleko wykracza to poza moje możliwości finansowe.
Na koniec odwiedziłam nowootwarty outlet z tkaninami. Niewielki, ale fajny i spory wybór tkanin. Nie byłam na samym otwarciu, więc nie wiem jaki wybór był rano, ale po południu udało mi się trafić 2 tkaniny do patchworku. Pewnym minusem jest to, że to nie są duże ilości tkanin, w związku z czym ja mogę tam trafiać na tkaniny do scrapowych narzut, albo do małych rzeczy, ale jest to zawsze jakaś alternatywa dla szmatoholiczki.
Maszyna nadal puszcza, więc wracam do rombów.
Tuesday, February 25, 2014
Charm packs
Fat Quarter Shop robi właśnie tygodniową przecenę na charm pack'i. Staram się być rozsądna, ale ich pomysł na nowoczesny, a jednocześnie prosty w zrobieniu, quilt wciągnął mnie i teraz nie bardzo wiem jak się zachować. Niby mogłabym wyprodukować takie kwadraty 5" sama, każdy by to umiał zrobić, ale... ech. Nie powstrzymam się. Już czuję. 8$ za sztukę. I tylko koszty dostawy psują mi całą radość.
Nie wiem jeszcze co zrobię, ale mam kilku faworytów, co tylko pogarsza sprawę.
Nie wiem jeszcze co zrobię, ale mam kilku faworytów, co tylko pogarsza sprawę.
Thursday, February 20, 2014
Rozpusta
Niespodzianka z samego rana. Paczka przyszła, a przecież zamówienie złożone późnym popołudniem przedwczoraj, przesyłka wczoraj nadana i dzisiaj rano...
Przede wszystkim tamborek do pikowania ręcznego. Nie mam pojęcia jak się sprawdzi, ale chcę wierzyć, że będzie ok. Nadaje się też do haftowania, ale w opisie jest wyraźnie zaznaczony "quilting". Normalne tamborki do haftowania nie dają rady spiąć trzech warstw, a ten powinien i to bez naprężania tkanin, tak, żeby igłą można było operować zgodnie z zasadami.
Obok leży moja rozpusta do potęgi... Tak mi się nici nowe spodobały, że postanowiłam kupić je też. Niestety, nie trafiłam z kolorami tak jak chciałam i mam tylko nadzieję, że kiedyś je wykorzystam mimo to.
Chodzi głównie o fiolety, które trochę inaczej prezentowały się na karcie kolorów. Przekłamania wynikają pewnie z ustawień monitora. Na szczęście kupiłam te mniejsze szpulki, które w sklepie internetowym były tańsze niż w pasmanterii. Oczywiście, po doliczeniu kosztów przesyłki zamawianie dwóch szpulek nici traci sens, ale przy większym zestawie może się to okazać całkiem sensowne, szczególnie, że w tym akurat sklepie są też nawoje po 400 m, co nie jest dostępne w sklepie stacjonarnym. Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawią się w Polsce te naprawdę duże nawoje, które są dostępne na zachodzie.
Oprócz nici i tamborka kupiłam też ołówek do zaznaczania na tkaninie, do tego kolorowe wkłady... Nie odważyłam się jeszcze ich otworzyć, ale mam nadzieję, że będzie z nimi wygodniej niż normalną kredką krawiecką.
A zaczynam od rozprutej kanapki, która przygotowana leży i czeka od roku. Nie wiem jeszcze czy biało? Różowo? Żółto? Najbardziej kolorystycznie pasowałaby mi nitka do haftowania, cieniowana, jasno różowa, ale takiego kordonka nie znalazłam, a nici do haftowania nie nadają się do pikowania...A tłem dla zakupów jest Farmer's Wife... Też czeka na skanapkowanie, chociaż do tego potrzebuję głównie tkaniny na spód. W międzyczasie też będę myślała o pikowaniu i szukała inspiracji. Prosi się o ręczne, ale nie wiem jeszcze jakie...
Tuesday, February 18, 2014
Sesja (chyba) zakończona. Z końcówki zadowolona nie jestem, ale póki nie mam wyników nie będę po sobie jeździć jak po łysej kobyle. Fakt, że ten semestr przemknął niepostrzeżenie, a moja motywacja do nauki w okolicach sesji była, delikatnie mówiąc, niezadowalająca. I nie zapowiada się, żeby następny semestr był lepszy...
Ale dzisiaj, w ramach posesyjnej rozpusty, zorganizowałam sobie wycieczkę do pasmanterii na drugim końcu miasta. Dokładniej: na drugim końcu linii metra. Pasmanteria jest duża, nie ma wersji internetowej, więc musiałam się tam pofatygować też po to, żeby w cenach się zorientować. I nie miałam zamiaru wyjść stamtąd z pustymi rękami, o co to to nie! Jak postanowiłam tak zrobiłam: pół metra tkaniny bawełnianej, bo przecież nie po tkaniny pojechałam. Igły, bo przy szyciu epp znikają nie wiem gdzie - mam nadzieję, że się na żadną nie nadzieję. Coś do cięcia nitek, ale nie nożyczki, bo wersja wciąż oszczędnościowa... mam nadzieję, że to nie oznacza, że ten sprzęt zaraz poleci do kosza. Kordonki Maja 8, bo wydaje mi się, że to jest ta optymalna grubość. Niestety, rozczarowana jestem ilością kolorów - dla mnie to wszystko jest mało, ale i tak spróbuję z nimi popracować. A na koniec kupiłam nici. Przy jednych skusiłam się - trochę bez sensu - kolorem, bo to piękne cieniowane nici Madeira, ale do haftu.
Ja nie haftuję, póki co, nie wiem czy w mojej maszynie sprawdzą się przy ozdobnych szwach, bo tego typu nici Gutermanna się nie sprawdziły. Oczywiście, mogła to być wina naprężenia nici, igły etc - poeksperymentuję i zobaczę. Na pewno ta nić do pikowania się nie nadaje, bo za delikatna, bez trudu ją rozerwałam. Ale kupiłam też zwykłe nici do szycia Madeiry. Są zdecydowanie droższe niż inne, ze względu na długość nawoju, ale chciałam sprawdzić jakie będą w szyciu maszynowym i ręcznym. Czasem warto zapłacić więcej i mieć gwarancję, że szew będzie równy, nitka zrywać się nie będzie, a w maszynie będzie mało kłaków.
I jak już zapłaciłam za wszystkie swoje skarby, zaczęliśmy z państwem za ladą rozmawiać o niciach, które stoją w pudełkach... i jeszcze wygarnęłam 2 szpulki po 1000 m za śmieszne - w porównaniu z Madeirą - pieniądze. Niestety, na wielkie szpule do overlocka mogłam tylko tęsknie popatrzeć, bo wydaje mi się, że sama nić była zbyt elastyczna jak na moje szycie.
A po powrocie do domu zrobiłam jeszcze zakupy przez internet. Podobno jutro do mnie ruszą.
Nie wiem w co ręce włożyć teraz... Naprawdę, niby wiem jaki był mój plan i pomysł na ten rok, a głowa śmiga w kompletnie inne rejony... Wiosna, po prostu.
Ja nie haftuję, póki co, nie wiem czy w mojej maszynie sprawdzą się przy ozdobnych szwach, bo tego typu nici Gutermanna się nie sprawdziły. Oczywiście, mogła to być wina naprężenia nici, igły etc - poeksperymentuję i zobaczę. Na pewno ta nić do pikowania się nie nadaje, bo za delikatna, bez trudu ją rozerwałam. Ale kupiłam też zwykłe nici do szycia Madeiry. Są zdecydowanie droższe niż inne, ze względu na długość nawoju, ale chciałam sprawdzić jakie będą w szyciu maszynowym i ręcznym. Czasem warto zapłacić więcej i mieć gwarancję, że szew będzie równy, nitka zrywać się nie będzie, a w maszynie będzie mało kłaków.I jak już zapłaciłam za wszystkie swoje skarby, zaczęliśmy z państwem za ladą rozmawiać o niciach, które stoją w pudełkach... i jeszcze wygarnęłam 2 szpulki po 1000 m za śmieszne - w porównaniu z Madeirą - pieniądze. Niestety, na wielkie szpule do overlocka mogłam tylko tęsknie popatrzeć, bo wydaje mi się, że sama nić była zbyt elastyczna jak na moje szycie.
Nie wiem w co ręce włożyć teraz... Naprawdę, niby wiem jaki był mój plan i pomysł na ten rok, a głowa śmiga w kompletnie inne rejony... Wiosna, po prostu.
Subscribe to:
Posts (Atom)





